O tym, że bohater książki zginie, dowiadujemy się już na wstępie powieści. Potem następuje retrospekcja. Czytelnik śledzi, co doprowadziło do nieszczęścia. Staje się świadkiem splotu wielu okoliczności. Poznaje przyczyny powolnego rozpadu związków międzyludzkich.
Świat bohaterów systematycznie rozpada się na kawałki. W gruzy walą się związki, uczucia zostają wystawione na próbę, w życie wkraczają nowe osoby, kochankowie, kochanki. Czworo bohaterów musi sobie radzić w nowych dla siebie relacjach, zmieniających się okolicznościach. Nowe związki niszczą, nie dają nadziei, zatruwają życie, szarpią psychikę. Wszystko musi w końcu doprowadzić do tragicznego finału.
Los stawia bohaterów w szachu. Niczym greccy nieszczęśnicy ze starożytnych tragedii nie mają wyjścia z labiryntu zdrad, kłamstw, miłości, nienawiści i niszczących emocji. Tu niewinność miesza się z rozerotyzowaną namiętnością, sentymenty z rozsądkiem, a pamięć walczy z siłą czasu. Aleksander Sowa to zdolny i ambitny pisarz. Jego twórczość nazwałbym prozą refleksyjną, nasyconą emocjami, naładowaną uczuciami. Pełno tam wspomnień, przemijania, melancholii, a także silnie zaznaczonej erotyki. Autor przy tym nie wpada w pułapkę ckliwości i taniego sentymentalizmu.
Atrakcją dla niektórych czytelników będzie osadzenie akcji we współczesnym Opolu. Czytelnicy z Dolnego Śląska na pewno poczują się docenieni. Autorzy rzadko zapuszczają tam swoje pisarskie macki. I na koniec - niestety - muszę (z obowiązku) przyczepić się do jednej, czysto technicznej kwestii. Chodzi mianowicie o edycję tekstu i korektę. Mam wrażenie, że ktoś po prostu tego nie zrobił, choć - jak można przeczytać w informacji wydawniczej - odpowiedzialność za korektę wzięli na siebie Alicja Bartosik i e-bookowo.
Aleksander Sowa, "Jeszcze jeden dzień w raju", e-bookowo, 2010.