
Szwedzka prowincja. Środek najmroźniejszej od lat zimy. Samotne drzewo w szczerym polu. Dookoła nieogarnięta biel i ścinający wszystko mróz. Na drzewie potwornie okaleczone ludzkie ciało.
Przyznaję, że kilkanaście stron zajęło mi oswojenie się z językiem Kallentofta. Czasem przybierał on styl reportażowy. Zdania krótkie, urywane, pojedyncze słowa zostawione samotnie w jednym wersie, jakby autor próbował łapać oddech. Jakby dławił się, dusił. Jakby zimne powietrze nie pozwalało mu na dłuższe wypowiedzi. Uwięzione w gardle słowa wypadają pojedynczo, bojąc się nie zanudzić czytelnika bardziej płynnym, usypiającym, monotonnym rytmem. Później wpadłem po uszy w te słowne zaspy. Czytałem tę powieść z narastającym zainteresowaniem. I nie tylko o zagadkę kryminalną tu przecież chodzi (choć oczywiście ta jest wystarczająco zawiła), lecz o świetnie skrojonych bohaterów, a także całą przestrzeń wokół nich. Tę społeczną, jak i naturalną.
Charakterystyczne dla skandynawskich kryminałów wydają się dwie rzeczy: zaskakująca diagnoza społeczna i przyroda. Europejczycy kontynentalni postrzegają Skandynawię jako krainę pełną szczęśliwości, w czym zresztą utwierdzają ich rozliczne sondaże badające poziom życia, zamożności i opieki, jaką państwo otacza swoich obywateli (Norwegia zawsze była w czołówce, Szwecja, Finlandia, Dania czy Islandia niedaleko za nią). Raptem ten idealny obraz zaczynają zakłócać pisarze. Zalewają literaturę serią krwawych i okrutnych zbrodni, patologii społecznych skrywanych głęboko przed wzrokiem obcych, problemów takich, jak rasizm, narkotyki, alkohol, przemoc domowa, nacjonalizm, ksenofobia… Kij w mrowisko, zdaje się, włożył Stieg Larsson swoją trylogią Millennium. Potem – i to już nie była fikcja – Islandia nieomal padła pod brzemieniem kryzysu, w Sztokholmie ktoś próbował się wysadzić, w Malmö co chwila ktoś do kogoś strzela, samochody płoną, a zupełnie ostatnio Norwegię dotknęła bezprecedensowa, niewyobrażalna zbrodnia – więcej chyba nie trzeba dodawać. Rzeczywistość po raz kolejny przerosła pomysły literackie.
Wróćmy jednak do książek. Czytelnicy, przyzwyczajeni do skandynawskiego dobrobytu, przecierają oczy ze zdumienia. Takie patologie? W szwedzkim społeczeństwie? Wierzyć się nie chce. Dziw bierze. A jednak! I czytają, nadziwić się nie mogąc. I opada powoli różowa zasłonka ideału. Chwieje się na boki kolorowy obrazek zadowolonej szwedzkiej rodzinki na pikniku za miastem. Pisarze zdają się mówić – oj, naiwni, naiwni, zobaczcie, jakie zło czai się za tą rozkoszną fasadą. Jak wielkie zbrodnie skrywa nieskazitelne skandynawskie społeczeństwo. Ten rozdźwięk, ta wstrząsająca opozycja szarpie czytelnikami. Wszak mniej dziwią nas naziści (niestety, taka jest prawda) w Niemczech niż w Szwecji. Mniej zaskakują uzbrojone po zęby opryszki w Rosji niż na Islandii. I kolejne kryminały doczekują się coraz większej liczby tłumaczeń.
Kolejna rzecz – przyroda. U Monsa Kallentofta (nie tylko zresztą u niego) nie jest już tylko ładnym tłem kryminalnej historii. Ona rozpycha się między wersami, determinuje charaktery niektórych postaci, definiuje najbliższe otoczenie bohaterów. Staje się jednym z nich. Co mnie w niej, jako czytelnika, tak fascynuje? Czym mnie pociąga, uwodzi? Swoim nieprzejednaniem. Surowością. Brakiem litości. Zima u Kallentofta to okrutna bogini. Nie można się przed nią obronić. Ostrymi szponami drapie skórę, mrozem bezlitośnie szarpie każdą nieosłoniętą część ciała. Piszę to z lubością, upodobaniem. Jestem bowiem wielkim miłośnikiem skandynawskiej natury. Cenię ją za jej bogactwo, ale i za surowość. Za to, że latem nie pocę się jak papierowo blady turysta w Bangkoku. Za lasy, wszechobecne skały, drzewa iglaste, piękne i krystaliczne jeziora, rześkie i czyste powietrze. To nie są miejsca, do których co roku ciągną miliony turystów, żeby wylegiwać się na jaskrawożółtej, parzącej plecy plaży. Skandynawia jest bardziej wymagająca.
Jeszcze jedno uderza u Kallentofta. Samotność. To słowo-klucz tej powieści. Słowo refren niemal wszystkich bohaterów. Każdy na swój sposób jest samotny, chociaż niekoniecznie jest sam. Od ofiary, która odsunięta od społeczeństwa i wykluczona, całe życie była sama, aż po komisarz prowadzącą śledztwo, która wieczorną ciszę zagłusza butelką tequili. Piękna jest ta szwedzka samotność w czasie najmroźniejszej od lat zimy. Wzruszająca, spokojna i taka cicha. To jest klimat, który mnie wciąga. I poddaję mu się. Dlatego z przyjemnością sięgnę po kolejne książki tego autora. Spodziewam się po nich podobnego nastroju.
Mons Kallentoft, Ofiara w środku zimy, Rebis, sierpień 2010.
Zagadka pewnej napasci z pierwszego tomu wyjasni sie dopiero w piatej czesci tej serii, wiec nawet w tej kwestii Kallentoft jest tez dosc nietypowy.