poniedziałek, 05 marca 2012

Mój blog, Krytykant Literacki, od 5 marca 2012 r. został przeniesiony na adres: 
krytykantliteracki.blogspot.com.

Będę zaszczycony, jeśli dotychczasowi czytelnicy moich recenzji nadal zechcą mnie odwiedzać.

Ernest Kacperski 

19:26, ernest.kacperski
Link Komentarze (1) »
czwartek, 01 marca 2012

katedraIldefonso Falcones, autor jednej z najbardziej poczytnych ostatnio powieści hiszpańskich, z wykształcenia jest prawnikiem. Swoje zainteresowania historią prawa katalońskiego w okresie średniowiecza przeniósł na karty powieści. Wyszło z tego dzieło potężne, siedmiusetstronicowe i – jak to zazwyczaj z takimi dziełami bywa – dość niespójne, na przemian nudne i wciągające, raz arcyciekawe, raz nieznośnie irytujące. Chociaż, jak na debiut, całkiem udane.

Całość składa się z kilku warstw. Nadrzędny wątek stanowi historia głównego bohatera Arnaua opisana od dnia jego narodzin do późnej starości. Ujmę to w jednym zdaniu: pochodzący z chłopskiej rodziny niewolnik wyrywa się do miasta i krok po kroku wygrzebuje się ze swojego podłego stanu. Z przyjemnością śledzimy jego drogę, karierę, sukcesy, porażki, miłości, nieszczęścia… Sporo tego. Jak w życiu. Niestety momentami bywa potwornie ckliwie: Arnau jest dobry i wierzący, niesie pomoc wszystkim potrzebującym, broni uciśnionych, kocha przyjaciół, mści się na wrogach. Klasyka. Czyta się miło pod warunkiem, że nie oczekujemy zbyt dużo od powieści popularnej. Ja nie oczekiwałem i dzięki temu nie zawiodłem się.

Kolejna warstwa to dość obszerna i podana ze szczegółami historia prawa. To nic innego jak erudycyjne popisy autora, które dość szybko nużą czytelnika. No, chyba że ten akurat lubuje się w tajemnicach prawa czternastowiecznej Katalonii. To zdecydowanie najsłabsza część książki. Wszelkie wtręty prawnicze psują klimat opowieści. Nie pasują do całości. Jak wspomniałem, autor jest z wykształcenia prawnikiem, i to chyba jego największa wada jako debiutującego pisarza.

Nierzadko zdarza się, że – swoją skąd inąd bogatą wiedzę z zakresu prawa średniowiecznego – autor wsadza w usta prostych chłopów, niewykształconych średniowiecznych robotników, uzyskując w ten sposób niezamierzony (chyba) efekt komiczny. Szczególnie, że wywody te wyglądają jak żywcem przepisane z podręcznika dla studentów. Swoją drogą to nawet niezły pomysł na skecz kabaretowy – średniowieczny rolnik tłumaczący prawniczym językiem zasady funkcjonowania folwarku pańszczyźnianego i rzucający od niechcenia łacińskimi nazwami poszczególnych przywilejów. Widać, że Falcones wykonał kawał dobrej roboty, zgłębiając niuanse średniowiecznego prawa, ale lepiej tę wiedzę wykorzystać w pracy naukowej, nie w powieści pisanej z myślą o masowym odbiorcy.

Tłem wszystkich wydarzeń jest budowa katedry Santa Maria del Mar w Barcelonie. I przyznać trzeba, że wciągające są opisy jej powstawania. Trud, znój, łzy, krew, śmierć – zaczynamy zdawać sobie sprawę, jak wiele wysiłku włożyli prości ludzie w to, żebyśmy teraz mogli (niestety, często bezrefleksyjnie) pstrykać zdjęcia cyfrówkami i iść dalej wąskimi uliczkami Starego Miasta. Katedra jest bohaterką tytułową powieści i bez wątpienia – obok Arnaua – jej częścią centralną. W tym przypadku wszelkie szczegóły i terminologia techniczna służą dobrej sprawie, zbliżają czytelnika do architektonicznego arcydzieła. Pozwalają wniknąć w jego strukturę i poznać tajemnicę konstrukcji, a tym samym dostrzec i docenić potężną pracę, jaką wykonali budowniczowie i zwykli robotnicy w ciągu kilkudziesięciu lat.

Krótko – świetna, momentami porywająca historia architektoniczno-miłosna zepsuta niepowstrzymaną chęcią unaukowienia na siłę.

Ildefonso Falcones, Katedra w Barcelonie, przeł. Magdalena Płachta, Wyd. Albatros, 2011.

21:13, ernest.kacperski , Proza obca
Link Dodaj komentarz »
środa, 23 listopada 2011

zmierzchAlvaret. Alvaret. Alvaret. Brzmi jak zaklęcie. Brzmi jak groźba albo jak klątwa. Ciśnie złowrogie dźwięki w nasze uszy i nie daje spokoju. To przestrzeń żyjąca. Bohater powieści Johana Theorina. Być może bohater główny, bo wszystko zaczyna się właśnie tam. I kończy też. To ogromna, niezalesiona, porośnięta rzadkimi kępkami krzewów, nieogarnięta przestrzeń. Bezludna, odcięta od reszty cywilizowanego świata, surowa, niegościnna, zabójcza.


Na takim alvarecie na szwedzkiej wyspie Olandia zaczyna się akcja powieści. Dziewięcioletni Jens wychodzi z domu we mgłę, w której wkrótce się gubi. Na swojej drodze spotyka nieznajomego. Od tamtej pory słuch o chłopcu ginie. Czytelnik jest świadkiem powolnego dochodzenia do tego, co naprawdę się wtedy wydarzyło. A jedyną osobą, która przez ponad dwadzieścia lat wierzy w to, że Jens nadal żyje, jest jego matka.

Ech, kolejny szwedzki kryminał, rzec by się chciało. Owszem, ale kolejny szwedzki kryminał świetnie napisany. Skrojony tak, że czyta się go z nieustającą uwagą i zaciekawieniem. Tu poszczególne wątki splatają się w idealną układankę, która trzyma nas w ciągłym napięciu i oczekiwaniu. I nic nie jest takie, jak nam się wydaje.

Ale to też kryminał nostalgiczny. Theorin, w typowy dla Szwedów sposób wpisuje w pejzaż przemyślenia na temat ucieczki, przemijania, starości, samotności, śmierci. To chyba już typowe dla szwedzkiej (i całej skandynawskiej przecież) prozy. Otaczająca nas przestrzeń niejako wymusza sposób postrzegania przez nas życia. Tak naprawdę jest jego częścią. Życie mieszkańców Olandii jest uzależnione od morza i alvaretu. Jeśli nie chcą zginąć, muszą zespolić się z naturą.

Taki pejzaż bardziej nastraja do filozoficznych przemyśleń niż rozleniwiający żar południa. Trudno jest mi wyobrazić sobie opisanie samotności starszych osób na południu Hiszpanii czy we Włoszech, gdzie wielopokoleniowe rodziny żyją ze sobą pod jednym dachem i każdego wieczoru biesiadują przy wystawionych na zewnątrz stolikach. W Szwecji jest spokój, cisza, samotność kryje się za drewnianymi ścianami domów pomalowanych na miedzianoczerwony kolor. I niejedno mroczne wnętrze skrywa tajemnicę. Tu wszystko kumuluje się wewnątrz. I dosłownie (w czterech ścianach domostw), i w sensie przenośnym (w ludzkich duszach). Tak, surowość szwedzkiego klimatu wymusza na ludziach pewien rodzaj ucieczki w głąb siebie. I między innymi za ten introwertyzm kocham ten kraj.

Johan Theorin, Zmierzch, przeł. Anna Topczewska, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2008.

PS Książkę tę przeczytałem za namową Bookfy, za co bardzo dziękuję. Pozwalam sobie załączyć link do Jej recenzji „Zmierzchu” – a tam pyszne zdjęcia z Olandii!

środa, 16 listopada 2011

komunistyczna babaIlekroć pomyślę o swoim dziadku, osiemdziesięcioletnim, chudym, zapadniętym w sobie staruszku z trzęsącymi się dłońmi, tyle razy słyszę w głowie jego słowa wykrzykiwane ze śmiertelną powagą, z jakimś żarem w sercu, z zawziętością jakąś irracjonalną, jakby wierzył, że jeszcze nie wszystko stracone – „Komuno wróć!”. I tak sobie myślę, że przecież równie dobrze to on mógłby być bohaterem książki Dana Lungu (ur. 1969), rumuńskiego dramaturga, powieściopisarza, poety. Rumunia – kraj zaskakująco bliski Polsce. Trzymany za grdykę bardziej żelazną ręką przez Nicolae Ceausescu, którego dyktatura była bez wątpienia surowsza, a koniec w 1989 roku bardziej krwawy.

Nie przeszkadza to jednak Emilii, głównej bohaterce, w tęsknocie za tamtymi czasami. Komunistyczna baba miała wtedy pracę, niezłe zarobki, od wielkiego dzwonu stać ją było nawet na jakiś luksusowy towar (w Rumunii nie było aż tak pustych półek jak w Polsce, Ceausescu rzucał sporo towaru, niestety, kosztem większego ucisku społeczeństwa). Do tego co roku wczasy nad morzem, siatka zaufanych znajomych, dzięki którym można było więcej załatwić i… to było życie! Dzisiaj – bez pracy, bez pieniędzy, żyje wspomnieniami, resztkami niegdysiejszej świetności, przywołuje stary system i wyje z tęsknoty za nim.

Baba tęskni więc za czasami, kiedy wszystko było – według niej – lepsze, nowsze, tańsze, łatwiejsze. A może po prostu tęskni za młodością? Może ogarnia ją paniczny strach przed byciem samą? Córka od kilku lat na stałe w Kanadzie, koleżanki z dawnego zakładu pracy mają swoje życie, każdy jakoś próbuje odnaleźć się w nowej rzeczywistości, tylko komunistyczna baba jest jak ten krecik w mieście na pniaku wyciętego drzewa (któż nie kojarzy tego obrazka!). „Boże, jak dobrze na się żyło za komuny! Gdybym teraz miała w połowie tak jak wtedy, byłabym zadowolona. Jakie pół, nawet w ćwierci – i też bym dziękowała” – wykrzykuje. Ale zapomniała o podsłuchach, aresztowaniach, inwigilacjach, zamkniętych szczelnie granicach i całej reszcie ograniczeń wynikających z panującego wtedy ustroju.

Autor bez litości drwi z Nicolae, Najukochańszego Syna Narodu Rumuńskiego, oraz z jego małżonki Eleny, „światowej sławy wielkiej uczonej, doktor akademik”. Przedstawia ich jako dwoje idiotów, którzy bladego pojęcia nie mieli o prawdziwym życiu Rumunów. Obsadziwszy stanowiska państwowe bliższymi i dalszymi krewnymi, żyli w świętym przekonaniu, że lud ich kocha, a oni zapewniają mu powszechny dobrobyt. Niestety, mimo upadku dyktatury Ceausescu, nastania kapitalizmu oraz wstąpienia do Unii Europejskiej Rumunia to wciąż dość biedny kraj. Mam wrażenie, że jeszcze nie zdążył otrząsnąć się z postkomunistycznej traumy. Nad centrum Bukaresztu złowieszczo góruje przepotężne gmaszysko zwane Domem Ludu, które Słońce Karpat zaczął wznosić w latach 80. XX w. Wokół biegają bezpańskie psy, ludzie przyglądają się podejrzliwie, twarze mają zmęczone, zorane troską, a główna ulica handlowa miasta wygląda jak dekoracja do filmu o trzęsieniu ziemi.

Nie piszę tego, żeby kpić. To smutny obraz Bukaresztu, jaki zachowałem w pamięci po kilkudniowym (tak, zdaję sobie sprawę z obrzydliwej powierzchowności sądów) pobycie tamże. To miasto ma naprawdę przepiękną, tylko potwornie zaniedbaną i pokiereszowaną architekturę. Jednak coś mnie tam ciągnie, coś fascynuje. Może niezwykła historia, dzieje wielkości i upadku dyktatury, może sam Bukareszt, który wydaje mi się piękny i szpetny zarazem (podobnie zresztą jak Warszawa). Może ta dwoistość, wszechobecne kontrasty: piękno i brzydota, bogactwo i bieda, zacofanie i nowoczesność… 

Książkę Dana Lungu czytałem w Rumunii. Czytanie książek na miejscu, w kraju autora, to jedna z najprzyjemniejszych rzeczy, jakie można robić. To pozwala wtopić się w narrację, zbliżyć do bohaterów, poczuć całym sobą otoczenie, w którym rozgrywa się akcja, lepiej zrozumieć kraj. A chciałbym jeszcze kiedyś lepiej poznać i zrozumieć Rumunię. Z kolejnymi książkami pod pachą.

Dan Lungu, Jestem komunistyczną babą, przeł. Joanna Kornaś-Warwas, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2009.

22:14, ernest.kacperski , Proza obca
Link Komentarze (4) »
piątek, 30 września 2011

kwiatkowskiCzytam wiersze Grzegorza Kwiatkowskiego.
Czytam je już od dłuższego czasu.
Czytam wyrywkowo.

Jak mało miejsca dzisiaj na poezję. Z linearną prozą nie ma tego problemu. Bierze się książkę i czas płynie. Z poezją trzeba obchodzić się inaczej. Bardziej delikatnie. Wiersz z samej swojej natury, z budowy swojej jest mową szarpaną. Chociażby już z tego powodu wymaga większej troski… A wiersze Kwiatkowskiego pachną zimą. Dlaczego? Nie wiem. Wszak to poezja. Nie do rozumienia i racjonalnego poznawania. Jest w niej jakiś dystans do świata. Taki zimowy właśnie. 

Jakby rzeczywistość, która, zdawało by się, jest na wyciągnięcie ręki, co i rusz umykała przed rozpaczliwym wołaniem o przygarnięcie. Jakby nie można było się z nią zespolić, stać się jej częścią. W ten sposób cały czas trzeba balansować na granicy wspomnień, marzeń, przeszłości… I szarpać się ze światem. Tak jak wersy szarpią poetyckie słowa i tworzą z nich wiersze.

A w nich… są ci, którzy nie potrafią dostosować się do życia. Albo raczej ci, do których życie nie znalazło jeszcze odpowiedniej instrukcji. Są śmierci. Te, których się boimy, przedwczesne, przypadkowe, niezasłużone, przerażające; oraz te spokojne, za które jesteśmy wdzięczni, że zwieńczyły pełne, godne, długie życie. Jest dzieciństwo i powroty do niego. Jest miłość, seks i pożądanie. Czasem też poniżenie. Ta poezja ma wielu bohaterów, którzy poszukują sensu – i zawsze poprzez innych.

A może to wciąż ten sam człowiek? Człowiek, który istnieje poprzez Innego. Tego, którego kocha lub nienawidzi. Poprzez tego, kogo obserwuje, od którego się uczy; tego, który już nie żyje i tego, który siedzi tuż obok.

Oto jeden z moich ulubionych wierszy Kwiatkowskiego. Lubię ten rodzaj ironii, może nawet cynizmu, który zrzuca maski jednym, nagłym szarpnięciem słowa.

homofobiczna pocztówka z Genewy

Genewa to skrzyżowanie Cornavin

i rue de la Malibue

i stary murzyn sprzedający gitary
w dzielnicy dla uchodźców

miasto szwajcarskie
uchodzące za nudne:

Bill Clinton grający na saksofonie
na staromiejskim rynku

wreszcie Kalwin
i jego flozofa
dla klasy bourgeoise

nie ukrywam
noszę w sobie
odrazę do pedałów

dlatego na rękę mi były
tylko trzy kluby dla gejów w mieście

„Powinni się nie urodzić” to trzy wydane wcześniej tomy Grzegorza Kwiatkowskiego – „Przeprawa”, „Eine kleine todesmusik” oraz „Osłabić” – które miały niedawno swoją premierę w postaci trylogii (dodatkowo z angielskim przekładem) nakładem wydawnictwa OFF-PRESS.

14:35, ernest.kacperski , Poezja
Link Komentarze (1) »
wtorek, 06 września 2011

kallentoft

Szwedzka prowincja. Środek najmroźniejszej od lat zimy. Samotne drzewo w szczerym polu. Dookoła nieogarnięta biel i ścinający wszystko mróz. Na drzewie potwornie okaleczone ludzkie ciało.

Przyznaję, że kilkanaście stron zajęło mi oswojenie się z językiem Kallentofta. Czasem przybierał on styl reportażowy. Zdania krótkie, urywane, pojedyncze słowa zostawione samotnie w jednym wersie, jakby autor próbował łapać oddech. Jakby dławił się, dusił. Jakby zimne powietrze nie pozwalało mu na dłuższe wypowiedzi. Uwięzione w gardle słowa wypadają pojedynczo, bojąc się nie zanudzić czytelnika bardziej płynnym, usypiającym, monotonnym rytmem. Później wpadłem po uszy w te słowne zaspy. Czytałem tę powieść z narastającym zainteresowaniem. I nie tylko o zagadkę kryminalną tu przecież chodzi (choć oczywiście ta jest wystarczająco zawiła), lecz o świetnie skrojonych bohaterów, a także całą przestrzeń wokół nich. Tę społeczną, jak i naturalną.

Charakterystyczne dla skandynawskich kryminałów wydają się dwie rzeczy: zaskakująca diagnoza społeczna i przyroda. Europejczycy kontynentalni postrzegają Skandynawię jako krainę pełną szczęśliwości, w czym zresztą utwierdzają ich rozliczne sondaże badające poziom życia, zamożności i opieki, jaką państwo otacza swoich obywateli (Norwegia zawsze była w czołówce, Szwecja, Finlandia, Dania czy Islandia niedaleko za nią). Raptem ten idealny obraz zaczynają zakłócać pisarze. Zalewają literaturę serią krwawych i okrutnych zbrodni, patologii społecznych skrywanych głęboko przed wzrokiem obcych, problemów takich, jak rasizm, narkotyki, alkohol, przemoc domowa, nacjonalizm, ksenofobia… Kij w mrowisko, zdaje się, włożył Stieg Larsson swoją trylogią Millennium. Potem – i to już nie była fikcja – Islandia nieomal padła pod brzemieniem kryzysu, w Sztokholmie ktoś próbował się wysadzić, w Malmö co chwila ktoś do kogoś strzela, samochody płoną, a zupełnie ostatnio Norwegię dotknęła bezprecedensowa, niewyobrażalna zbrodnia – więcej chyba nie trzeba dodawać. Rzeczywistość po raz kolejny przerosła pomysły literackie.

Wróćmy jednak do książek. Czytelnicy, przyzwyczajeni do skandynawskiego dobrobytu, przecierają oczy ze zdumienia. Takie patologie? W szwedzkim społeczeństwie? Wierzyć się nie chce. Dziw bierze. A jednak! I czytają, nadziwić się nie mogąc. I opada powoli różowa zasłonka ideału. Chwieje się na boki kolorowy obrazek zadowolonej szwedzkiej rodzinki na pikniku za miastem. Pisarze zdają się mówić – oj, naiwni, naiwni, zobaczcie, jakie zło czai się za tą rozkoszną fasadą. Jak wielkie zbrodnie skrywa nieskazitelne skandynawskie społeczeństwo. Ten rozdźwięk, ta wstrząsająca opozycja szarpie czytelnikami. Wszak mniej dziwią nas naziści (niestety, taka jest prawda) w Niemczech niż w Szwecji. Mniej zaskakują uzbrojone po zęby opryszki w Rosji niż na Islandii. I kolejne kryminały doczekują się coraz większej liczby tłumaczeń.

Kolejna rzecz – przyroda. U Monsa Kallentofta (nie tylko zresztą u niego) nie jest już tylko ładnym tłem kryminalnej historii. Ona rozpycha się między wersami, determinuje charaktery niektórych postaci, definiuje najbliższe otoczenie bohaterów. Staje się jednym z nich. Co mnie w niej, jako czytelnika, tak fascynuje? Czym mnie pociąga, uwodzi? Swoim nieprzejednaniem. Surowością. Brakiem litości. Zima u Kallentofta to okrutna bogini. Nie można się przed nią obronić. Ostrymi szponami drapie skórę, mrozem bezlitośnie szarpie każdą nieosłoniętą część ciała. Piszę to z lubością, upodobaniem. Jestem bowiem wielkim miłośnikiem skandynawskiej natury. Cenię ją za jej bogactwo, ale i za surowość. Za to, że latem nie pocę się jak papierowo blady turysta w Bangkoku. Za lasy, wszechobecne skały, drzewa iglaste, piękne i krystaliczne jeziora, rześkie i czyste powietrze. To nie są miejsca, do których co roku ciągną miliony turystów, żeby wylegiwać się na jaskrawożółtej, parzącej plecy plaży. Skandynawia jest bardziej wymagająca.

Jeszcze jedno uderza u Kallentofta. Samotność. To słowo-klucz tej powieści. Słowo refren niemal wszystkich bohaterów. Każdy na swój sposób jest samotny, chociaż niekoniecznie jest sam. Od ofiary, która odsunięta od społeczeństwa i wykluczona, całe życie była sama, aż po komisarz prowadzącą śledztwo, która wieczorną ciszę zagłusza butelką tequili. Piękna jest ta szwedzka samotność w czasie najmroźniejszej od lat zimy. Wzruszająca, spokojna i taka cicha. To jest klimat, który mnie wciąga. I poddaję mu się. Dlatego z przyjemnością sięgnę po kolejne książki tego autora. Spodziewam się po nich podobnego nastroju.

Mons Kallentoft, Ofiara w środku zimy, Rebis, sierpień 2010. 

21:17, ernest.kacperski , Skandynawia
Link Komentarze (5) »
czwartek, 25 sierpnia 2011

balzakianaNie kryję, że z prozą Jacka Dehnela mam pewien problem. Dwojaka jej natura. Dwojaki przeze mnie odbiór.

Z jednej strony, przyznać trzeba, talent literacki ma Dehnel niewątpliwy. Jego proza gładko sunie przez wyobraźnię czytelnika, pozostawiając za sobą wyraziste obrazy i masę pytań. W przypadku „Balzakianów" to filozofia codzienności. To cztery minipowieści o losach niczym niewyróżniających się mieszkańców naszego kraju. Tak zwykłych, tak przeciętnych i nieciekawych, że aż godnych opisania. A w nich – wady i przywary nas wszystkich. Całego społeczeństwa. Jest i zazdrość, i zawiść, i potrzeba udowodnienia swojej lepszości, pycha, próżność, gnuśność, dorobkiewiczostwo, niewiara we własne siły, zacietrzewienie, wrogość do innych, kumoterstwo, karierowiczostwo, kompleksy, zaściankowość, prowincjonalność, pretensje do lepszego świata, słoma w butach, wielkie ambicje, nieśmiałe marzenia, rozczarowania, porażki, śmierć (choć ani to wada akurat, ani przywara).

Bo też cyklik ten miał być w zamierzeniu autora próbą zmierzenia się z cykliskiem francuskiego powieściopisarza z pierwszej połowy XIX wieku. Balzak podarował nam kompletny niemalże opis społeczeństwa swoich czasów. Dehnel podsuwa nam zaledwie drobny kawałek owego wielkiego balzakowskiego zwierciadła (że użyję nieśmiertelnego stendhalowskiego porównania), które zdążyło rozbić się na miliony części od śmierci genialnego Francuza w 1850 roku. A wszystko u nas jakby gorsze, bardziej mdłe, wyblakłe. Wielkie pieniądze nie aż tak wielkie; zawrotne kariery nie takie znów zawrotne; intensywność barw nie tak oślepiająca; miasta nie tak fascynujące jak balzakowski Paryż; jedynie prowincja bardziej zaściankowa niż w XIX w. Ot, taka sobie powiatowość, lokalna taka polskość.

Nie odbijamy się w pięknym zwierciadle w złotych ramach dumnie przechadzającym się po paryskich trotuarach. Co najwyżej, i to też z niemałym trudem, możemy dostrzec się w zaparowanych lusterkach łazienkowych w plastikowej ramce w kształcie kwiatka, jakie masowo produkowano w PRL-u. „Balzakiana" to mikrokosmos polskości w kilku jej aspektach. Osobiście odbieram te prozatorskie impresje jako satyrę na nasze społeczeństwo. Jako pokazanie paluchem tego, co drażni, co uwiera, krzywdzi poczucie przyzwoitości i estetyki. A ja nie lubię opowieści o szczęśliwych i nieskazitelnych bohaterach. Ja lubię potaplać się w brudzie, smrodzie, biedzie, błocku intelektualnym. Bo tam życie dzieje się naprawdę. Nie w głowach ludziom udawanie. I za to autorowi dziękuję.

Z drugiej strony jaki mam z tym problem? Co jest nie tak? Bo coś jest przecież. Być może będzie to jeden z najgłupszych zarzutów, ale zgrzyta mi... nadmierne dopieszczenie formy. Mam wrażenie, że autor co jakiś czas nie może się wprost powstrzymać przed popisaniem się jakimś słówkiem, bardziej zawiłą składnią, wycyzelowanym do granic przyzwoitości niuansem językowym, konceptem filologicznym, który wyskakuje ni z tego, ni z owego. A gdzie taka forma do treści?! Gdzie o prostych ludziach takim językiem pisać?! Na poezję sobie zostawić. A tu niech mi kurzy siwym słowem w oczy, a nie raczy – ą, ę, – wyrafinowanym smaczkiem.

A może ja po prostu trochę mu zazdroszczę...? Ech, jednak gdzieś w trzewiach zarechotała mi ta polskość. Szlag by ją!

Jacek Dehnel, Balzakiana, WAB, 2008.

13:25, ernest.kacperski , Literatura polska
Link Komentarze (4) »
piątek, 05 sierpnia 2011

kapela„Na początku była chuć” – pisał Stanisław Przybyszewski w 1904 roku, kiedy obwieszczał narodowi swoje „Requiem aeternam”. Nieco ponad wiek później jakiś gówniarz śmie obwieścić, że stosunek seksualny nie istnieje. To Jaś Kapela. Mam nadzieję, że nie obrazi się za gówniarza, ale kiedy wydał swoją książkę, miał zaledwie dwadzieścia cztery lata. I poruszył krytykę. Wstrząsnął czytelnikami. Niektórymi umysłami nawet zawładnął. Zdobył wyznawców, ale też uzbrojonych w wartości przeciwników, wrogów z ramienia katolicyzmu wojującego i obrońców moralności (cokolwiek to znaczy).

A o co poszło? O dwóch chłopców. Z pozoru niewinnych. Bohaterów stosunku, którego nie było. Choć miał się odbyć. Wojtek i Eligiusz. Kumple ze studiów. Obaj chcą, ale nie mogą. Obaj coś udają. Przed sobą samymi i sobą nawzajem. Obaj w pewnym momencie z czegoś rezygnują. Obydwóm coś się nie udaje. Dwaj frustraci. Dni upływają im na filozofowaniu o dziwkach, seksie, Żydach, chujach, jebaniu, masturbacji, spermie, Dodzie, gejach, Polakach, Niemcach i innych nacjach, sztuce, religii i wielu innych problemach – ogólnie mówiąc – egzystencjalno-społeczno-filozoficznych lub moralno-fizjologicznych, jeśli tak można je ze sobą powiązać.

Kapela nie boi się wsadzać w usta bohaterów twierdzeń typu: „No tak. I Powstanie Warszawskie. Cioty musiały się buntować. Źle nam było pod Niemcem?”. Mocne, co? Ale to jest literatura! I w sumie dobrze, że ktoś ma odwagę pisać takie rzeczy. Kiedy trzeba, zdzierać maski polskiej obłudy i zaściankowości. Pokazywać jedną z wielu (bo przecież tak naprawdę nie ma jedynej słusznej) gąb naszego narodu. Wystarczyło przecież uderzyć w stół, żeby podniosły się krzykliwe głosy wielkich patriotów gotowych oddać krew za to, że według nich jest inaczej. Za to, że Polska jest tam, gdzie oni. Taką oto szczekliwą krytyką obnażyli się wszyscy dumni obrońcy jedynej, jak twierdzą, prawdy. Aż boję się pomyśleć, co by było, gdyby ta książka ukazała się dwa lata później. W czas wewnętrznych, polsko-polskich burz. 

Nie chcę pisać, że ta powieść to jakiś wielki przełom w dziejach naszej najnowszej literatury, bo tak – moim zdaniem – nie jest. Jestem tylko wdzięczny autorowi za jego niezależność myślenia, jakiś rodzaj powieściowego buntu przeciwko zastanej rzeczywistości, za coś przypominającego różowe wargi sromowe na czarnym tle władzy polskiego kościoła. Lubię autorów wiercących kijem w mrowisku. Drażniących się z naszą historią i kulturą. I nawet, jeśli ma to być twórczość obrazoburcza, to cóż z tego? Kto kazał pisać w sposób układny, bogobojny i hurrapatriotyczny?

Poza tym nie o wulgaryzmy w prozie Kapeli chodzi. Nie o to, że kogoś chciał obrazić. Kwestią nadrzędną jest tutaj współczesna Polska. Ta, w której teraz żyjemy. A jak ją widzą, tak ją piszą. Drodzy krytycy, nie obrażajcie się zatem na język, na te wszystkie latające po książce chuje, walenie konia i spermę. Nie patrzcie na autora jako na antysemitę i anty-Polaka. Ta książka jest o każdym z nas. O Polakach i o naszym – czy tego chcemy, czy nie – kraju.

A może Kapela napisał to wszystko, bo mu zależy na dobru kraju? A wiadomo, kiedy obywatele zaspokojeni seksualnie, to i przyrost naturalny większy. I gospodarka lepiej funkcjonuje. I z każdym rokiem dobrobyt większy kwitnie. Jaki jest zatem morał tej powieści? Polacy, do łóżek! Niech stosunek seksualny zaistnieje! A wtedy wszystkim będzie łatwiej. Przecież na początku była chuć! A wszystko z niej!

Jaś Kapela, "Stosunek seksualny nie istnieje", Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2008.

12:41, ernest.kacperski , Literatura polska
Link Komentarze (4) »
czwartek, 19 maja 2011

dziennikiW prywatnym teatrze Tomasza Karolaka, aktora, który właśnie dostał swoje pięć minut na medialno-tabloidalno-serialowo-reklamowym świeczniku, powstał spektakl „Dzienniki" na podstawie zapisków (zapisków! to mało powiedziane, miniesejów filozoficznych raczej!), jakie Gombrowicz prowadził w latach 1953-1966. Pójdę – pomyślałem z pełną świadomością, że dzieło jaśnie panicza Witolda jest nie do przeniesienia na deski teatru. Dlatego też mogłem się spodziewać dużych cięć w tekście, spłycenia ideologii, ograniczenia wątków. Byłem na to przygotowany. Jednak to, co zobaczyłem, przerosło moje wyobrażenia.

A zobaczyłem przypadkowy i bezsensowny zlepek mało śmiesznych gagów, z których kompletnie nic nie wynika. Piotr Adamczyk jeżdżący po scenie na krześle biurowym i machający publiczności wygląda jak parodia samego siebie z okresu „papieskiego". Tomasz Karolak, który dwoi się i troi, żeby było i śmieszno, i straszno. Niestety, jest tylko straszno. Połowa padających tekstów, mimo – dosłownie – zapluwania się z wysiłku, pozostawała niezrozumiała. A nie siedziałem daleko, słuch też mam nie najgorszy.

Magdalena Cielecka chodząca w tę i z powrotem po scenie nie bardzo wiedziała, co ze sobą zrobić. Sprawiała wrażenie osoby wziętej z przypadku, z ulicy, z łapanki. Siłą niemal zaciągniętej na scenę. Chyba że to specjalnie. O, to pardon, wtedy – świetna rola. Tylko po co? Reszta gdzieś przepada w mrokach zbiorowej niepamięci publiczności. Broni się jedynie Jan Peszek, ale to aktor wybitny. Wszędzie zagra tak, że wiadomo, z kim mamy do czynienia. Z wytrawnym aktorem znającym swoje miejsce w sztuce.

Gdyby Gombrowicz to zobaczył, zwątpiłby w jakąkolwiek siłę sztuki. Już go widzę, jak siedzi ze swoimi zapiskami i jedna po drugiej wyrywa kartki. Dziennik staje się coraz cieńszy. Kartki lecą na dół, spadają na scenę i zasypują aktorów. Po niedługim czasie ze sterty papierów wystają im już tylko głowy z groteskowo wyszczerzonym uśmiechem. Spada deszcz, a z dzienników robi się papka bez treści. Fizyczna miazga, makulaturowe błocko na przemiał. Cóż, nie wystarczy zatrudnić najlepszych i najdroższych aktorów, których nazwiska przyciągną publikę. Trzeba mieć jeszcze coś do powiedzenia.

Dzienniki Gombrowicza są do czytania. Nie do oglądania. Niech ten spektakl będzie przestrogą dla innych reżyserów, których los pokusi o wyczyn przeniesienia ich do teatru. Gombrowicz to był mądry facet. Co można wystawić na scenie – napisał w formie dramatu. Z prozy filozoficzno-wspomnieniowej dramatu zrobić się nie da. Dlatego Imka poszła o krok dalej – zrobiła tragedię. 

Teatr Imka, "Dzienniki", reż. Mikołaj Grabowski.

22:55, ernest.kacperski , Teatr
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 09 maja 2011

Opowieści z Wysp OwczychMarcin Michalski i Maciej Wasielewski. Dwóch chłopaków zafascynowanych Wyspami Owczymi. Dzięki nim dostajemy zbiór reporterskich obrazków, wrażeń, impresji o ludziach niezwykłych, niezłomnych. Rzuconych na wystające z wody kilkanaście niewielkich wysepek, których Europejczyk kontynentalny nie jest w stanie wskazać na mapie; a usłyszawszy ich nazwę, utwierdza się w przekonaniu, że niechybnie chodzi tu o bajkową krainę rodem z opowieści Tolkiena.

Autorzy wchodzą w życie mieszkańców. Sami zresztą zostają do tego zaproszeni. Tam nie ma tajemnic. Drzwi zamykać nie trzeba. Nic przed nikim się nie ukryje. Sąsiad wie, jaką bieliznę noszę, a ja wiem, co po pracy robi prezenterka telewizyjna. To sceny z życia prowincji (mówiąc językiem Balzaka). Mikroświat, raj poszukujących samotności introwertyków. Tu możesz być odludkiem i nikt nie nazwie cię aspołecznym dziwadłem.

To opowieść o narodzie żyjącym na uboczu, w swoim własnym, często niebezpiecznym, ale dość przytulnym świecie. To opowieść o ludziach, którym jest w życiu dobrze. Którzy – niczym u Reja – wiodą żywot poczciwy. Bo to opowieść o zgodzie. Z sobą samym, ze społecznością, z życiem, z naturą. Zazdrość bierze.

To prezent nie tylko dla miłośników tej mniej znanej Skandynawii. To także pozycja dla tych, którzy chcą się dać przekonać lub zaskoczyć, że życie to nie tylko huczne winopicie przy wtórze gromkich śpiewów na południu naszego kontynentu. W tej samej Europie żyją ludzie, którzy nie tyle czerpią życie, co smakują je. I to nie pełnymi garściami, lecz szczyptami. Okruchami przyjemności branymi po trochu w dwa palce.

Tyle że intensywność tej szczypty dorównuje, a może nawet przewyższa wszystkie błękity greckiego nieba; wesołe pieśni Włochów w Neapolu; fioletowe pola lawendy i zapach ziół w Prowansji; migające czerwienią suknie kobiet, które tańczą flamenco na ulicach hiszpańskich miasteczek; żółte larwy lizbońskich tramwajów pnące się mozolnie po stromych uliczkach. 

Tam rządzi cisza, samotność wchodzi do domostw, wiatr przywiewa twórczą inspirację, surowość klimatu uczy pokory, częste deszcze zmywają głowy najbardziej pyszałkowatym zarozumialcom. Witamy w świecie, gdzie nie ma lepszych i gorszych. Gdzie pracownik w przetwórni ryb jest równy premierowi. 

Jest jednak i druga strona tego zielonego, owczego medalu. Autorzy nie uciekają od tematów kontrowersyjnych, wstydliwych. Doroczne polowania na grindwale, które hańbią ocean szkarłatną barwą mordu; tolerancja wobec mniejszości seksualnych pozostawiająca wiele do życzenia (dość wspomnieć bojkot pani premier Islandii, która odwiedziła Wyspy Owcze wraz z żoną); skrywane głęboko kompleksy. I właśnie na tym polega dobry reportaż. Nie ubarwia, nie koloryzuje rzeczywistości. Pokazuje prawdę. Tak po prostu. Uczciwie.

PS Chłopaki, „Antka” napisał Prus.

Marcin Michalski, Maciej Wasielewski, "81:1 Opowieści z Wysp Owczych", Czarne 2011. 

14:18, ernest.kacperski , Reportaż
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2 , 3 , 4